piątek, 3 lutego 2017

Smutna historia miłości mojej jedynej.

Czasami przychodzi taki moment w życiu blogera, kiedy zwyczajnie zaczyna mu brakować pomysłów na kolejne posty. Ja pomysłów nie potrzebuję, bo to życie tworzy kolejne z nich, ale są dni, w których nic ciekawego nie ma miejsca. Mógłbym w te dni nie dodawać kolejnych wpisów, ale nie mam zamiaru tracić swoich czytelników, zdaję sobie sprawę, że i tak nikt tego nie czyta bo odstrasza ich sam wstęp, no ale nic na to nie poradzę, taki mam styl pisania. Jak już piszę o tych dniach, to musi być jakiś tego powód. Zastanawiacie się jaki?
Gratuluję wspaniałego toku myślenia, rzeczywiście miałem na myśli to, jak bardzo nudny był ten dzień. Teraz szybko wytłumaczę czemu był on niewarty uwagi. Otóż miałem tylko dwie lekcje w tym sprawdzian na jednej z nich. Interesujące prawda? Też tak sądzę... Teraz wypada zastąpić temat mojego życia czymś innym. Dzisiaj poprowadzę dyskusję z samym sobą na temat, niech pomyślę miłości... Bardzo oryginalne prawda? Mniejsza z tym, nie ważne jak bardzo temat jest oklepany i tak mam zamiar się wypowiedzieć. Bez zbędnego pieprzenia zaczynajmy. Termin ,,miłość'' ma wiele definicji. Jedni uważają to za zjawisko pozytywne, drudzy zaś za negatywne. Ja sam jestem zwolennikiem tej drugiej opcji. Głównie dlatego, że dostajesz pierdolca na punkcie tej drugiej osoby,  ciągle o niej myślisz, co oznacza trudniejsze skupienie się na rzeczach ważnych, na przykład początków istnienia i jego końca. Dlaczego żyjemy? Co będzie po śmierci? Jeśli kiedyś nurtował was te pytania, to wiecie co się dzieje, kiedy miłość wtarga do waszego życia. Dlaczego żyję? Ch*j mnie to jestem zakochany, dostałem pierdolca, nie obchodzi mnie to! Kolejną rzeczą jest zdecydowanie to, że za cholerę z tą osobą nie porozmawiasz bo będziesz się co chwila jąkać i czerwienić. Większość z was nie ma pojęcia o miłości, właśnie po to tu jestem bo ja jestem jako jedyny obeznany w tym temacie. Miałem kiedyś swoją pierwszą miłość, była ona zarówno tą ostatnią. Zastanawiacie się kto to? Już piszę spokojnie. Wszystko zaczęło się jak byłem upośledzonym ośmiolatkiem (nadal jestem upośledzony, ale nie aż tak jak wtedy.)... Był marzec, ( a może nie marzec, cholera nie pamiętam w jakim to było miesiącu, uznajmy że w marcu) na dworze piękna pogoda, ja tymczasem przebywałem w domu, oglądając telewizję. Wtedy poznałem ją, była to przepiękna prezenterka z popularnych w tych czasach telegier. Kiedy ją zobaczyłem, poczułem że jesteśmy dla siebie stworzeni, widziałem jak się do mnie uśmiecha i mówi do mnie kotku. W tym momencie poznałem, że ona coś do mnie czuje, zacząłem dzwonić, aby wyznać jej swoją sympatię do niej. Próba pierwsza ,,czekaj na otwartą linię'' I tak przez kilkanaście razy. Wtedy dodzwonił się do niej jakiś mężczyzna, ta zaczęła go sypać komplementami, poczułem się odrzucony. Wydałem na tą kobietę 50 złotych, a ta po chwili zarywa do innego faceta. Powiedziałem sobie że to koniec, przysiągłem sobie, że już nigdy nie zaufam żadnej kobiecie z telewizji i nie zakocham się ponownie. Muszę przyznać że obietnicy dotrzymałem. W moim życiu nastąpiło co prawda kilka zauroczeń, ale nie było to nic poważnego, więc obietnicę uważam jaką spełnioną i wydaje mi się że będzie ona trwała jeszcze przez kilka lat. ,,Miłość jest przepiękna tylko przez pierwsze pięć minut, potem zaczyna trawić twoje wnętrzności, zabijając twą chęć do życia.''

2 komentarze:

  1. Piękny cytat :D Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim skromnym zdaniem jest to świetnie opisane. Zapisałam sobie cytat końcowy.
    Pozdrawiam.
    -Samotnik

    OdpowiedzUsuń