sobota, 4 lutego 2017

Dlaczego jestem ateistą?

Witajcie, dziś jest sobota, w sobotę nie odbywają się lekcje. Wiecie co to oznacza? Opowiem wam kolejną historię z mojego dzieciństwa. Zrobiłbym przemyślenia na jakiś temat, no ale za bardzo nie wiem jaki ten temat mógłby być. Jeśli uważacie że znacie fenomenalny temat dyskusji na jutro, nie krępujcie się piszcie, ja w tym czasie postaram się go zrealizować, o ile będzie to możliwe... Teraz wypadałoby napisać o czym będzie ta historia, prawda jest taka, że przeczytacie tytuł i wszystko będzie jasne, no ale i tak napiszę, na wypadek gdyby ktoś nie przeczytał. Dzisiaj opowiem wam o tym jak przestałem wierzyć w Boga. Jeśli ktoś z was tu obecnych jest przesadnym katolikiem, radzę mu natychmiast wyłączenie tego wpisu, w przeciwnym wypadku jego uczucia religijne mogą ucierpieć.
 Bez zbędnego pieprzenia, cofnijmy się do dalekiej przeszłości, kiedy byłem jeszcze wierzącym w Boga siedmiolatkiem... Wszystko zaczęło się od lekcji religii. Prowadziła je gruba katechetka, która łamała wszystko na czym usiadła (doszły mnie słuchy że ostatnio przeszła na dietę) no i ta katechetka kazała nam chodzić do kościoła co niedzielę, dostawaliśmy nawet kartki, na których trzeba było malować kościoły na kolor sutanny jaką zakładał ksiądz na danej mszy, raz przyłaził w zielonej raz w fioletowej, do tej pory za cholerę nie wiem czemu... Oprócz tego kolorowania trzeba było wypisywać ,,złote myśli'' , które ksiądz wypowiadał. Początkowo wypełniałem swoje ,,obowiązki'' , do czasu, kiedy raz nie poszedłem na jedną z ważniejszych mszy bo zwyczajnie nie mogłem. Następnego dnia zła kobieta przechodziła po sali i sprawdzała kolory kościołów i ,,złote myśli''. Nadeszła kolej na mnie, katechetka ujrzała pustą kartkę i zaczęła się na mnie drzeć, wyzywać mnie od dziecka szatana i grożąc mi że skończę w piekle. Gdyby teraz ktoś mi tak powiedział, zaśmiałbym mu się prosto twarz i go olał, tamtego razu zaś, to zdarzenie bardzo się na mnie odbiło, nie mogłem zasnąć w nocy z powodu ciągłych koszmarów. Normalny człowiek poszedłby już na tą mszę w następną niedzielę, ale jako że ja nie byłem normalny, (nadal nie jestem..) do kościoła nie poszedłem, tylko dlatego żeby pokazać katechetce że mnie to nie rusza. Wydzieranie się na moją osobę co każdą lekcję religii stało się rutyną, od tego czasu przestałem chodzić do kościoła całkowicie. Następnego roku nauczycielka się zmieniła, muszę dodać że nadal był prowadzony system kartek. Próbowałem wywrzeć dobre wrażenie na katechetce, więc spisywałem prace przed lekcją od głęboko wierzącego kolegi. Później pani się o tym dowiedziała, powiem że opieprz był, ale nie aż taki gdyby katechetka się nie zmieniła. Cudem dotrwałem do swojej komunii. W trzeciej klasie zostałem wypisany z lekcji religii, w tym momencie miałbym mieć jakieś zajęcia przygotowawcze do bierzmowania, czy jak to tam zwą, ale nie mam i cieszy mnie to niezmiernie. Zapomniałem jeszcze dodać że dzięki katechetce przestałem szanować katolików, oczywiście nie wszystkich bo potrafią być naprawdę spoko, nawet jeśli są ministrantami, wszelki szacunek straciłem do katolików, którzy biorą Biblię na poważnie, codziennie chodzą do kościoła i modlą się za każdy swój sukces, przypisując wszystkie zasługi Bogu. Przepraszam bardzo, ale to już jest niedorzeczność. To że ktoś coś osiągnął to jedynie jego zasługa i czasem jego najbliższych,  zawdzięczana jego determinacji i zdolnościom, więc uświadomcie sobie że to nie zasługa Boga, tylko wasza. Jeśli chodzi o mój stosunek do księży, to oczywiście nie może tu zabraknąć księdza proboszcza, który ma bardzo duży dystans do siebie (tak duży, że jak ktoś powie na niego pan, dostaje pierdolca.), posiada także ,,bardzo dobre'' argumenty w dyskusji, świadczące o jego ,,wysokiej'' inteligencji. Jesteście ciekawi jak one brzmią? ,,Jestem od ciebie starszy.'' ; ,,Mam większe doświadczenie od ciebie.'' ; ,,Mógłbym być twoim dziadkiem.''  Mimo takich wszechstronnie inteligentnych kapłanów, istnieją księża których niezmiernie szanuję. Są to ci co uczą w mojej szkole, można z nimi porozmawiać nawet na najbardziej kontrowersyjny temat, oraz potrafią zainspirować człowieka. To już wszystko na dzisiaj, widzimy się jutro w następnym poście. Mam wrażenie że część mojej widowni już nigdy tu nie wróci...

2 komentarze:

  1. Mnie też pozniechęcali do wiary katolickiej ludzie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie to jest najgorsze - zmuszanie.
    Pamiętam jak byłam młodsza, rodzice ganiali do kościoła, babcia mówiła, ze czcze szatana jak opuściłam jedną niedzielę. Kilka lat później jakieś durnowate (pierwsze piątki miesiąca, spowiedź, jakieś inne msze) podpisy od księdza żebym mogła przystąpić do bierzmowania. Bezsens. W drugiej klasie gim kolega z klasy, dość dobry zginął w wypadku, bo ksiądz odwoził ministrantów na jakiś mecz w wiosce obok.
    Od tamtej pory nienawidzę, nie chodzę w ogóle.
    + patrząc teraz na tą niesprawiedliwość na świecie mogę śmiało powiedzieć, że boga nie ma.

    OdpowiedzUsuń